Teoria Wszystkiego, czyli historia miłości idealnej

theory_of_everything_wedding_kiss_still

Ostatnią rzeczą, jakiej spodziewałam się po „Teorii Wszystkiego”, była opowieść o miłości – ukazanej jako zjawisko tak bardzo złożone i niejednoznaczne. Spodziewałam się historii o wybitnym naukowcu, fizyce, gwiazdach, czarnych dziurach oraz wątku choroby, która dotknęła głównego bohatera. Jakoś Stephen Hawking i miłosny trójkąt nie szły w parze w mojej głowie. W dodatku trójkąt tak dobrze funkcjonujący i czysty jak łza.

CZY MOŻNA KOCHAĆ DWIE OSOBY JEDNOCZEŚNIE?

Wychodzi na to, że można. Możemy darzyć uczuciem w podobnym stopniu dwie osoby, które w dodatku się przyjaźnią i są od siebie zależne. Trójkąt idealny, w którym nikt nikomu nic nie wyrzuca, nie wypomina, w którym się nie zdradza (w końcu Jane dosłownie nie skoczyła w bok z Jonathanem), a wręcz przeciwnie – rozumiejąc wzajemne ograniczenia i potrzeby ukochanej osoby zachęcamy ją do zaangażowania się w relację z kimś innym.

CZY MASZ SZANSĘ NA MIŁOSNY TRÓJKĄT IDEALNY?

Choć historia ta nie jest tylko wymysłem autora scenariusza, nie jest również typową historią sąsiada zza płotu. Problem niepełnosprawności, którą obarczony jest Stephen i jego żona (tak, ona również, choć potrafi chodzić, mówić i nie dusi się po przełknięciu każdego kęsa) sprawia, że ich związek ewoluuje do niewyobrażalnie trudnej formy, w której intymność, zaangażowanie i empatia osiągają magiczną dla widza głębię. Do tego wszystkiego są oni w stanie dzielić się tym wszystkim z Jonathanem, który żywi uczucie do Jane, tak nieskazitelne, że aż nieprawdopodobne. Czy masz szansę na zbudowanie takiej relacji, w dodatku z osobą trzecią? Nie sądzę. To sytuacja sto razy rzadsza od trafienia szóstki w totka.

ODPORNA NA USZKODZENIA TKANKA RODZINNA

Choroba Stephena dotyka nie tylko jego. Wpływa ona na całą rodzinę, zakłócając jej funkcjonowanie, stawiając wyzwania, które dla wielu wydają się nie do pokonania. Wymaga walki i poświęcenia każdego członka rodziny (dla niedoinformowanych, Stephen i Jane spłodzili trójkę dzieci, ostatnie już w zaawansowanym stadium jego choroby).

Zastanawiałam się, jakim cudem Jane zdecydowała się na trójkę dzieci, mając jedno dorosłe. Stephen miał wiele z dziecka – spryt, pogodę ducha, jak również wymagał stałej, całodobowej opieki. Uderzyła mnie jej pewność i gotowość do poświęcenia i ryzyka. Pomyślałam sobie, że ta kobieta jest hardcorem, choć na początku zdawała się sprawiać wrażenie dziewczynki spod znaku „zaopiekuj się mną”.

A tu taka niespodzianka.

CO W TYM NADZWYCZAJNEGO?

Piszę Wam o tym wszystkim, ponieważ film ten wzbudził we mnie wiele emocji i pobudził zastany ostatnio mózg do wielu przemyśleń. Na temat miłości i jej natury. Na temat gotowości do całkowitego poświęcenia się partnerowi. Do dzielenia się ukochaną osobą. Do tego, czy byłabym w stanie związać się z kimś tak poważnie chorym, z tym, że od samego początku musiałabym zderzać się z diagnozą mówiącą „pani mężowi zostały dwa lata życia”. Ogrom niewyobrażalnego cierpienia maluje się w mojej głowie, a mimo tego mam wrażenie, że byłoby warto…

PRZECZYTAJ TAKŻE

  • Iga, ja na tym filmie wypłakałam sporo łez. Sama nie wiem jeszcze, co tak bardzo mnie ruszyło. Film widziałam dwa dni temu, więc nadal o tym myślę. W każdym razie piękny i poruszający. Z cudowną muzyką.

    • mnie najbardziej chyba poruszył motyw obserwowania cierpienia ukochanej osoby, towarzyszenia jej w chorobie… to jest jedno z tych doświadczeń, których człowiek nie jest w stanie sobie nawet wyobrazić, dopóki nie dotknie jego samego.

  • Słyszałam o tym filmie, ale nie miałam okazji obejrzeć. Ostatnio takie historie bardzo źle na mnie działają: myślę, boję się i płaczę naprzemiennie, ale mam nadzieję, że przyjdzie taki moment, że będę gotowa go obejrzeć :)

    • Też się upłakałam przy tym filmie, ale ogólnie ma on bardzo pozytywny przekaz. :) Choć nie ukrywam, że przemyślenia z nim związane już niekoniecznie…