Rozwój, rozwój i jeszcze raz rozwój – aż do porzygu

hunter-bryant-48373

Z co drugiego bloga bije przepis na życie idealne, z idealną autorką/autorem, który nie ma momentów zwątpienia, dołów, nie wie, co to brak motywacji i wygląda jak milion dolarów – każdego dnia, bez wyjątku, o każdej porze dnia i nocy.

WIECIE, CO SOBIE MYŚLAŁAM?

Że to tak musi wyglądać. Piszesz bloga o rozwoju osobistym? Musisz być przykładem chodzącego sukcesu w każdej sferze życia. Musisz być perfekcyjną panią domu, co nakleja etykietę na każdy słoiczek i teczkę, robi obiad na dwa dania + deser (najlepiej najzdrowszy koktajl na świecie) oraz spełnioną business woman, która wyciąga gruby hajs siedząc w domu i mając jeszcze czas dla dzieci, siebie, męża i miliard innych rzeczy.

Piszesz o związkach? Skoro tak, to twój musi być bez wad. Tylko efektywna komunikacja, „kłótnie” raz na rok, na insta pełno waszych słodkich zdjęć, udowadniających, że tworzycie parę marzeń.

I tak dalej, i tak dalej…

JAK JEST NAPRAWDĘ?

Tak naprawdę, to nie zawsze się chce. Ani wygląda. Ani z uśmiechem siada do klawiatury. Doszłam do punktu, w którym stwierdziłam, że najważniejsza jest autentyczność. Szczerość z samą sobą. Od bycia mentorem są inni – ja wolę rolę towarzysza.

ROZWÓJ, ROZWÓJ I JESZCZE RAZ…

Wiem, że nie warto stać w miejscu. Przeleżeć całego dnia na kanapie, drapiąc się po brzuchu. Wiem, że to strata czasu. Rozwijanie siebie jest dobre. Jest jednak druga strona medalu, której jakiś czas temu padłam ofiarą i którą ciągnie się za mną jak smród – potrzeba nieustannego parcia do przodu. Niemożność zatrzymania się na chwilę, złapania oddechu. Cały czas myślę o tym, co będzie, jak to będzie, jak do tego dojdę, co ze sobą zrobić.

W sobotę M. wyciągnął mnie do Białki na gorące źródła. Przez pół dnia miałam wyrzuty sumienia, że leżę w wodzie i nic nie robię (sic!). Przez drugie pół nachodziła mnie refleksja, że jestem nienormalna z tego powodu.

A wystarczyłoby czasem po prostu wrzucić na luz…

Po co to piszę?

Wpis ten nie oznacza, że nie będę się z wami dzielić sposobami na rozwijanie siebie. Nie porzucam tej tematyki i nie rezygnuję z ciągłego doskonalenia się. Chcę was jedynie przyjacielsko „przestrzec” – nie przesadźcie. I nie bierzcie za święte wszystkiego, co mówią wam inni – wy najlepiej wiecie, jak przeżyć swoje życie. Czasem warto wsłuchać się tylko w siebie i swoje potrzeby.

Powiedzcie mi proszę – czy wy również macie czasem takie chwile, w których temat rozwoju osobistego działa na was przygnębiająco/obciążająco?

PRZECZYTAJ TAKŻE

  • Wiesz co, mi się wydaje, że o rozwoju najwięcej właśnie wiedzą ludzie, którzy w życiu zaliczyli wiele błędów, porażek i rozczarowań. Jeśli są mądrzy, to na ich podstawie powyciągali sobie różne wnioski, opracowali patenty. Zresztą nie ma ludzi idealnych, każdy ma momenty słabości, a to co ludzie przedstawiają np. w blogach, to tylko wizerunek. ktoś np. pisze jak zdobyć idealnego męża, a sam jest po 2 rozwodach, ale kto to sprawdzi;).

  • Doskonale pamiętam okres, kiedy zapętliłam się w rozwoju osobistym. Zachłyśnięta własnym i cudzymi blogami każdy tydzień zaczynałam z listą rzeczy do zrobienia, które skrupulatnie wykreślałam. I nagle okazało się, że poświęcam sobie tak dużo czasu, że nie mam go dla siebie. Kiedy patrze teraz na „idealne profile” nie zazdroszczę, a budzi się we mnie poczucie, że przecież to nie może być autentyczne. Sprzeciwiam się wmawianiu ludziom, że jest fajnie tylko, jeśli są perfekcyjni. Zaczytywanie się w „rozwojowych” rzeczach może nam bardzo pomóc, ale jak we wszystkim, potrzebny jest zdrowy rozsądek.

  • Beniova

    Heh, mnie się to przejadło dawno, więc postawiłam na własny sposób na rozwój, samodzielnie. Filozofia wiecznego „hurra” nie odpowiadała mi i doceniam bardzobardzo blogi prowadzone przez osoby autentyczne, dające sobie moment na przyznanie się do porażki czy dzielące się życiem takim jakie jest i przemyśleniami takimi, jakie są. Lubię poprzeglądać blogi „idealnych”, wyprasowanych ludzi, bo jest to ładne i inspirujące, ale na dłuższą metę wydaje się po prostu płytkie. Trzymam za Ciebie kciuki:)

  • Też przeżyłam kiedys taki moment, a może nawet momenty. Okazało się, że ani nie chce być samozwańczym Robbinsem, Pavliną czy Grzesiakiem., ani mi to też raczej nie wyjdzie. Odpuściłam sobie sporo rzeczy, bo życie kazało mi sobie odpuścić. To stało się także dlatego, że zaczęłam chorować coraz intensywniej i coraz częściej i wtedy życie i moje podejście do niego się przewartościowały.

  • Iga, świetny wpis! Ja również mam takie same odczucia jak Ty i nawet w moich szkicach czeka wpis na ten sam temat :) Mam dużo do zarzucenia rozwojowi (choć niekoniecznie jemu, tylko tym, którzy taką wizję promują), co niby taki piękny i dobry, a ile w nim pułapek. Dla mnie w rozwoju osobistym najgorsze jest to, że nieumiejętne podejście do niego podkręca perfekcjonizm i nierealny obraz życia. I niestety dzieje się to za sprawką tony poradników/blogów/warsztatów itp. z cud-miód radami, „jak stać się pewnym siebie w 7 dni”, „jak w 12 dni mieć udany związek” itd. Wielkie bzdury, wielkie rozczarowania i wielkie nabijanie w butelkę i żerowanie na czyjejś nieświadomości. I tak, jak piszesz… Autentyczność i bycie sobą przede wszystkim oraz popełnianie błędów ;) Pozdrawiam Cię!

    • Dzięki Agnieszka! To prawda – branża szkoleniowa z zakresu rozwoju osobistego jest pełna bzdur, nierealnych ofert i obietnic natychmiastowego sukcesu. Dobrze, że niektórzy, tak jak np. Ty, podchodzą do tematu zdrowo i profesjonalnie. ;)

      • Iga, pięknie dziękuję za te słowa. To dal mnie dużo znaczy i jest to wielki komplement! :)

  • pewnie! zwłaszcza wtedy, gdy ze wszystkich blogowych fotografii wyłaniają się nienaganne pani domu, uśmiechnięte i elegancko ubrane, nawet jak podają przepis na omleta. Najważniejsze być sobą!

  • Radek

    Dokładnie!

    We wszystkim trzeba zachować zdrowy rozsądek, wiele osób uprawia tzw. rozwój osobisty (szkolenia, książki, motywacja itp.) nie wykonując niczego w praktyce, niczego co da doświadczenie!

  • Nie wiem o co chodzi, ale to już jest drugi wpis tego typu, który dzisiaj czytam. I drugi raz mówię: oczywiście, mamy tak! Szczerze mówiąc, dopiero zaczynam przygodę z blogowaniem i złapałam się na tym, że tkwię w pułapce, którą opisałaś: żeby o czymś pisać, musisz być w tym idealny. A fakt, że nazwałaś siebie „towarzyszem” – to jest idealne, lepszego określenia sama bym chyba nie wymyśliła. Chyba właśnie wyparłaś mi z głowy niepoprawne blogowe myśli, dziękuję Ci za to. :)

    • Bardzo miło mi to Małgosiu czytać. :) Paradoksalnie, post o ciemnej stronie samorozwoju na coś się przydał. :)

      P.S. zdradzisz u kogo jeszcze taki wpis się dzisiaj pojawił? Chętnie przeczytam i zobaczę, jak to wygląda z perspektywy kogoś innego. :)

  • Tak, ja mam tak, a raczej miałam przez długi, długi czas. Przez wiele lat czytałam bardzo dużo o rozwoju osobistym, śledziłam blogi na ten temat (także Twój poprzedni). Popełniłam wiele błędów – takich jak wiara w to, że motywacja znajduje się gdzieś poza nami i że może mi ją dać jakakolwiek książka (kolejna).
    Obserwując innych wpadałam w panikę, bo przecież jeszcze tak wiele jest do zrobienia i do zmiany! Jak tak zaczynałam się zagłębiać to wreszcie przestawałam ogarniać od czego tak właściwie mam zacząć. Tak, cała byłam do zmiany – tak uważałam. Dorzućmy do tego mój wrodzony perfekcjonizm i katastrofa murowana.

    Teraz wiem, że po pierwsze życie nie jest idealne i nigdy nie będzie. Trzeba się z tym pogodzić, a najlepiej uznać z pozytyw.
    Wiem, że blogi są przesłodzone – mój też z boku czasem tak idealnie może wyglądać. Przekonuję się o tym, gdy któraś z kolei osoba pisze mi o tym, że chce się ode mnie nauczyć pozytywnego myślenia (a ja wcale nie uważam się za autorytet w tej sprawie).
    2 tygodnie temu rozpoczęłam mój roczny projekt rozwojowy. Co się stało po tygodniu całkiem dobrej passy? Tydzień totalnej katastrofy, kiedy wszystkie moje plany legły w gruzach. Nie, nie napisałam o tym szczegółowo na blogu (jeszcze). Dlaczego? Bo czasami uważam, że pisanie o złych rzeczach, które mi się przydarzają jest zbyt wielkim naruszaniem mojej prywatności. Łatwiej i fajniej jest pokazywać dobre, ładne i udane rzeczy oraz sytuacje. Tak robi większość.
    Strasznie się bałam gdy mój pierwszy post na blogu właściwie obnażał moje błędy i wady – pokazanie się z tej nieidealnej strony nie było łatwe, ale jak się okazało zostało pozytywnie odebrane i od tamtej pory łatwiej mi przychodzi bycie po prostu sobą, autentyczne pisanie. A ten pierwszy tekst uznaję do tej pory za najlepszy.

    Pod tym, co napisałaś wyżej podpisuję się obiema rękami. Podoba mi się to określenie siebie jako towarzysza – bardzo mi to odpowiada. Sama czuję, że to czego uczę, czy to na blogu, czy to na moich kursach to jest po prostu jedna z wielu możliwych dróg – taka, która mi odpowiada i u mnie się sprawdziła. Nie mam patentu na nieomylność, wolę inspirować i towarzyszyć niż wskazywać jedyną, idealną i najlepszą drogę w jakiejkolwiek dziedzinie rozwoju osobistego (takich po prostu nie ma).

    Zauważyłam też, że najbardziej rozwijają mnie sytuacje, ludzie, książki i czynności, które wcale docelowo nie wiążą się z rozwojem osobistym. Czerpię z nich inspirację, uczę się i zakładam, że tak właśnie uczyć się będę do końca swojego życia. I rozwijać przy okazji – ale z radością, a nie przymusem bycia w jakikolwiek sposób idealną.

    • Paulina, dziękuję Ci za ten komentarz. Stanowi on świetne uzupełnienie do tekstu – zawarłaś w nim pewne myśli, które mi uciekły.
      Bardzo się cieszę i doceniam Czytelników, którym chce się podzielić swoimi myślami na forum. Jeszcze raz dziękuję i życzę powodzenia w Twoim rozwojowym projekcie! Kryzys minie, trzymam kciuki! Daj znać, jak poszedł kolejny tydzień :)

      • Kryzys minął szybko, ale był intensywny – nieźle mnie wymęczył, dlatego postanowiłam na chwilę odstawić swoje plany i po prostu sobie odpuścić. Zaopiekować się sobą.
        W tym tygodniu (już po przerwie) wróciłam do wszystkiego z nową energią i działam. Rozwojowe plany są dobre, o ile nie będziemy starali trzymać się ich kompulsywnie.

        Pozdrawiam :)