PROJEKT #PODZIEL SIĘ SOBĄ – HISTORIA SANDRY

w-a-t-a-r-i-344837

Miliony osób cierpiących na zaburzenia psychiczne wciąż padają ofiarą stygmatyzacji i ostracyzmu społecznego. Nie można pozwalać na spychanie tych osób na margines. Psychoedukacja jest krokiem do zwiększenia świadomości oraz wrażliwości społeczeństwa na tematy związane ze zdrowiem psychicznym. Prawdziwe, ludzkie historie – nie suche fakty z akademickich podręczników – mogą zdziałać cuda.

Dlatego stworzyłam projekt PODZIEL SIĘ SOBĄ – by razem z Wami, powiedzieć głośne NIE stygmatyzacji osób z zaburzeniami psychicznymi. Dziś mam przyjemność opublikować pierwszy wpis z tej serii – poruszającą historię Sandry, której bardzo dziękuję za chęć podzielenia się nią w tym miejscu.

***

Moją najczęstszą odpowiedzią na terapii zawsze było nie wiem, choć wiedziałam. Po prostu uciekałam, tak było łatwiej, nie musiałam się przyznawać do niczego. 

Szczerze mówiąc nie zawsze dlatego, że było mi wstyd przed terapeutą. Dużo ciężej było mi się przyznać przed samą sobą, że mam problem. Nie żałuję niczego, co się stało. Było ciężko, czasami już nie dawałam rady i byłam gotowa się poddać, ale dzięki temu wszystkiemu – jestem tym kim jestem, a jestem obecnie najlepszą wersją siebie jaką do tej pory byłam. Z czym mam problem? Chciałabym rzec – z niczym, ale to niemożliwe.

Moim problemem od zawsze były moje ambicje i dążenie do bycia idealną, nieomylną, najlepszą, perfekcyjną. Nadmiar obowiązków i ciężar z nich wynikający, a także próby spełniania cudzych oczekiwań wobec mnie. To nazywam problemem.

Trudno jednoznacznie określić moją diagnozę. Pierwszy psycholog stwierdził, że jestem neurotyczna i mam depresję. Na skierowaniu do szpitala psychiatrycznego miałam napisane rozpoznanie: nerwica lękowo-depresyjna. Kolejna pani psycholog sugerowała zaburzenia adaptacyjne, a pierwszy psychiatra zaburzenia obsesyjno-kompulsywne. Drugi psychiatra stwierdził zaburzenia osobowości: typ impulsywny, ale przez chwiejność emocjonalną i inne objawy uznał też typ borderline. Moja trzecia terapeutka też była za diagnozą zaburzeń osobowości, ale przekonywała mnie, że to nie ma znaczenia do jakiej efki jestem przypisana, bo to jest potrzebne tylko do badań i do statystyki. Tak więc:

Zaburzenia osobowości – typ impulsywny? Borderline?
Chwiejność emocjonalna?
Zaburzenia adaptacyjne?
Nerwica lękowo-depresyjna?
Depresja?
Neurotyczność?

W sumie nigdy nie czułam się chora, i nadal się nie czuję.

Objawów było mnóstwo. Zaczęło się od samookaleczeń. W sumie zawsze czułam się jakoś niekomfortowo ze sobą i w naszym domu. Niskie poczucie własnej wartości, poczucie winy, płacz, odchudzanie, coraz więcej samookaleczeń. Poczucie bezsensu życia, myśli samobójcze, a na koniec bezsilność, i brak uczuć. Po prostu wyłączyłam się na odczuwanie czegokolwiek związanego z tym, co dzieje się dookoła mnie. Ktoś na mnie krzyczał, było mi to obojętne, nie reagowałam. Ktoś czegoś wymagał, nie miałam sił podnieść ręki, bo chciało mi się płakać, zaciskałam zęby, zamykałam się w sobie i robiłam, co trzeba.

Pierwszy ból i krzywda jaką sobie zadałam miała na celu zwrócenie na siebie uwagi, szukałam troski ze strony rodziców – miałam wtedy niespełna 9 lat. Mama uznała, że to pies mnie zadrapał łapą, gdy się z nim bawiłam. Gdy miałam 11 lat rozwiedli się moi rodzice. Czułam się poniekąd winna temu wszystkiemu, chociaż nie jestem w stanie stwierdzić teraz dlaczego. W każdym razie był to dla mnie duży ciężar. Moja mama jest niepełnosprawna, porusza się na wózku inwalidzkim, więc bardzo dużo obowiązków spadło na naszą trójkę. Musieliśmy się wielu rzeczy nauczyć i radzić sobie bez ojca. Opiekować się sobą nawzajem, ale też mamą, która nie była w najlepszej kondycji psychicznej.

W końcu rozpoczęłam nowy etap w życiu – studia. Niestety było ze mną coraz gorzej. Chodziłam jak cień, chowałam się w luźnych ciemnych ciuchach i rozpuszczonych włosach. Biodra non stop pocięte, strupy zrywane przy każdym zdjęciu majtek. Myśli samobójcze, przeogromna nienawiść do siebie, smutek, żal, ból i poczucie winy. Nie mogłam dłużej tak, nie dawałam rady. Po namowach przyjaciół zdecydowałam się wrócić do psychologa, musiałam tylko powiedzieć o tym mamie. Nie było to proste, ale czułam, że nie mam wyjścia. Oczywiście mama nie miała pojęcia co dzieje się w mojej głowie, kryłam się z tym jak mogłam.

Cały proces leczenia rozpoczął się w 2012 roku, gdy trafiłam do pierwszego psychologa. Leczenie trwało 4 lata. Chodziłam do trzech psychologów, dwóch psychiatrów. Pierwszy psycholog, choć spędziłam u niego 8 miesięcy terapii był beznadziejny. Terapia u niego, nie była terapią, spotkania były nieregularne, bo raz w miesiącu zawsze go nie było. A jego notatki z sesji, ograniczały się do jednego zdania – sesja psychoterapii indywidualnej. Przerwałam terapię. Po 3 miesiącach trafiłam do kolejnego psychologa – tym razem do kobiety. Była to odpowiednia osoba na odpowiednim miejscu, wiele razy po spotkaniu była to moja jedyna myśl. Chodziłam do niej przez prawie rok. Niestety w związku z jej problemami ze zdrowiem, musiałam pomyśleć o innym specjaliście. Pani X. była bardzo dobrym terapeutą, i gdyby nie jej choroba, to przeszłabym cały proces u niej.Poruszała ze mną naprawdę drażliwe tematy, i czasem bardzo się na nią o to wkurzałam, to w efekcie końcowym uważam, że doskonale wiedziała co robi, i w jakim tempie. Wbrew wszystkim nieprzyjemnym uczuciom, których u niej doznałam, naprawdę czułam się tam bezpiecznie. Po miesiącu przerwy zapisałam się do kolejnej pani psycholog. Wiedziałam, że terapia jest mi potrzebna, i chciałam pomocy. Naprawdę chciałam pomocy. Tym razem spędziłam w terapii prawie dwa lata. Pani Y. była bardzo młoda, z początku nie byłam przekonana, ale w sumie dobrze mi się z nią pracowało. Była dla mnie dobrą terapeutką. Przerwałam nagle, bo nie mogłam pogodzić wizyt na terapii ze stażem. Sądzę też, że rola psychiatry w moim leczeniu miała znaczenie, głównie podejście lekarza i dobranie leków. Miałam zmieniane leki 3 razy zanim ich działanie było takie, jak powinno.

Życie nie jest proste, nigdy nie będzie. To, że czuję się lepiej nie znaczy, że jest już tylko dobrze. Każdy z nas nosi jakiś ciężar. Jedni lżejszy, drugi cięższy, nawet jeśli to jest ten sam problem każdy radzi sobie z nim inaczej. Nie zamierzam Ci mówić, że życie jest piękne, bo każdy odbiera świat inaczej i inne rzeczy są dla niego ważne. Powiem natomiast jedno: „Spróbuj sobie pomóc, co tracisz”?

Najpiękniejszą rzeczą jest móc powiedzieć sobie po tym wszystkim „dałam radę„. Owszem nie sama, bo pomogli mi psychologowie, psychiatrzy, przyjaciele i rodzina, ale najważniejsze zależało ode mnie. To ja musiałam chcieć, ja musiałam walczyć ze sobą, ze swoimi myślami, z bólem, żalem, strachem, złością, smutkiem, bezsilnością, bezradnością. To ja próbowałam, potykałam się, upadałam, podnosiłam się by znów upaść, i znów, i znów. To ja próbowałam wierzyć, próbowałam chcieć, próbowałam żyć.

Myślę, że najtrudniej jest dać sobie pozwolenie na to, żeby ktoś inny pomógł. Bo ludzie mogą się starać, ale dopóki się na tą pomoc nie otworzymy, to oni nic nie zrobią, a w pewnym momencie sami odpuszczą ze zmęczenia. Nikt za nas nie wyzdrowieje, nikt za nas nie będzie myślał, nie będzie rozmawiał z psychologiem, ani też brał leków jeśli to konieczne. 

To nasze kroki, nasze działania, nasza walka.

PRZECZYTAJ TAKŻE

  • Monika Grobelna

    Smutna, ale wspaniała historia. Dziękuję.

  • Świetny projekt i bardzo, bardzo potrzebny! Też na pewno będę go śledzić;)

  • Iga, to wspaniały projekt i wspaniała historia – będę czekać z niecierpliwością na kolejne!