Moja jesienno-zimowa OSIĘDBANIOWA RUTYNA

Jednym z punktów na mojej liście rzeczy do zrobienia jesienią było wypracowanie swojej porannej i wieczornej osiędbaniowej rutyny na te ostatnie, zimne miesiące roku. Dziś pozwalam sobie zatem na trochę prywaty i zapraszam was do siebie – przedstawię wam swoje jesienno-zimowe rytuały.

PORANEK

Nie jestem rannym ptaszkiem. Nieprzytomna kieruje się w stronę łazienki, by potraktować twarz strumieniem zimnej wody. Zakładam niezdarnie okulary i obieram azymut na kuchnię. Dzień zaczynam od wypicia szklanki wody z cytryną.  Moje odwodnione po nocy ciało bardzo potrzebuje takiego orzeźwienia w pierwszych chwilach po przebudzeniu. Nie do końca jeszcze kontaktując, staram się w tym chłodnych miesiącach przygotowywać sobie śniadanie na ciepło. Najczęściej owsiankę, jajecznicę lub jej wege siostrę – tofucznicę, na którą przepis po raz pierwszy zobaczyłam chyba u Agnieszki.

Po tym miłym wstępie nastawiam wodę na kawę. Ogromnym plusem pracy zdalnej oraz bycia swoją własną szefową jest dla mnie dostosowanie godzin pracy do własnego tempa i poziomu energii. Z rana zazwyczaj czuję się mniej produktywna, długo zajmuje mi dojście do siebie. Dlatego szczególnie cenię sobie możliwość powolnego i uważnego wejścia w kolejny dzień, bez porannej gonitwy i wychodzenia w pośpiechu na tramwaj. Jeśli czas na to pozwala – w trakcie delektowania się kawą, sięgam po książkę i staram się przeczytać chociaż jeden rozdział. Nie zawsze jednak robię to rano, czytanie równie często jest częścią mojej wieczornej rutyny. Wtedy sięgam zazwyczaj po inną pozycję.

Kolejnym krokiem jest poranna pielęgnacja i ewentualny makijaż. Co raz częściej staram się rezygnować z kolorówki, na rzecz naturalnych kosmetyków pielęgnacyjnych, o dobrym składzie. Przychodzą jednak również takie dni, w których zwyczajnie lubię poszaleć z makijażem i poeksperymetnować z kolorami. Może po mojej codziennej prezencji tego nie widać, ale nie lubię ograniczać się w tym obszarze.

RAZ RANO, RAZ WIECZOREM

W ramach wspomnianej pielęgnacji staram się systematycznie wykonywać pewne domowe zabiegi, nie przypisuje ich jednak konkretnej porze dnia. Wszystko zależy od aktualnego planu działania, jednak codziennie staram się znaleźć chwilę na suche szczotkowanie całego ciała, nawilżenie go różanym olejkiem, zastosowanie wcierki do skóry głowy, olejowanie włosów oraz masaż twarzy wałkiem jadeitowym. Fascynuje mnie koreańskie i japońskie podejście do pielęgnacji twarzy, dlatego kilka razy w tygodniu stosuję również kojące maski w płachcie. Jednak do tej właściwej, słynnej 10-stopniowej wersji trochę mi daleko. Skóra jest naszym największym organem, na którym w ogromnym stopniu odbija się nasz styl życia oraz przeżywany stres. Myślę, że warto jest poświęcić jej ekstra uwagę, nie tylko będąc kobietą (puszczam tutaj oko do wszystkich czytających to panów).

WIECZÓR

Ważnym elementem mojej wieczornej rutyny jest uważne wyjście z trybu pracującego, zrelaksowanie się i przygotowanie ciała do snu. Nie kończę pracy codziennie o tej samej porze, czasem po długim i wyjątkowo ciężkim dniu zdarza mi się wziąć tylko szybki prysznic i od razu pomaszerować do łóżka. Jednak zazwyczaj nie wygląda to w ten sposób.

Kończąc pracę lubię przygotować się do kolejnego dnia. Przejrzeć kalendarz, zobaczyć, co mnie czeka, co sobie wcześniej zaplanowałam, z kim przyjdzie mi się spotkać. Odkładam komputer na bok i od tego momentu staram się już do niego nie zaglądać. Uwielbiam o tej porze roku zapalać wieczorami świece, otulić się ich zapachem i ciepłym kocem. Wspólnie z Mirkiem jemy kolację, rozmawiamy o tym, jak minął nam dzień, co ciekawego się w nim wydarzyło. Poświęcamy tę chwilę tylko sobie, nadrabiamy zaległości, snujemy wspólne plany. Codziennie staramy się spędzić ze sobą tzw. quality time. Po posiłku, parzę nam zazwyczaj cytrynowo-imbirową herbatę z przepisu Mimi Ikon:

Sok z połówki cytryny
Kawałek imbiru pokrojony w kostkę/plasterki
1 łyżeczka miodu (lub syropu klonowego)
1/4 łyżeczki cynamonu
1/4 łyżeczki kurkumy
Gorąca (ale nie wrząca) woda

O tej porze roku lubimy również wspólnie kilka razy w tygodniu wyskoczyć wieczorem na siłownię i zadbać trochę o zdrowie i kondycję.

Już od dwóch lat każdy dzień staram się kończyć z dziennikiem wdzięczności w rękach. Codzienna praktyka wdzięczności pozwala mi doceniać te najmniejsze rzeczy, które składają się na ogólne poczucie mojego szczęścia, a na które normalnie pewnie nigdy nie zwróciłabym uwagi. Prowadzenie <jakiegokolwiek> dziennika niesie ze sobą wiele korzyści – uwalnia z natłoku myśli, zwiększa samoświadomość, pomaga w monitorowaniu nastroju. Jest to najprostszy, a jednocześnie bardzo efektywny sposób na codzienną dawkę samorozwoju i pogłębianie osobistego wglądu.

I ostatni rytuał, który zazwyczaj zostawiam na sam koniec dnia to 10-minutowa medytacja, najczęściej z aplikacją Headspace. Pozwala mi ona uspokoić myśli, wyciszyć się, skupić na własnym oddechu, przeskanować ciało i zobaczyć, gdzie skumulowały się napięcia z całego dnia, by stopniowo zacząć je uwalniać. Dla mnie, niezwykle kojący głos prowadzącego czyni to doświadczenie jeszcze przyjemniejszym i skuteczniejszym.

Jak wygląda wasza jesienno-zimowa osiędbaniowa rutyna? Jakie rytuały wchodzą w jej skład?

(Visited 313 times, 313 visits today)

PRZECZYTAJ TAKŻE